19 paź 2016

Moje nawrócenie...

Moje nawrócenie nastąpiło około rok temu, na przełomie października i listopada 2015 roku. Miało ono oczywiście miejsce w momencie ogromnego kryzysu. Od jakiegoś czasu piłem od nowa i z godziny na godzinę było ze mną gorzej. Nie tylko ze mną, bo ludzie dookoła cierpieli pewnie bardziej. W tamtych chwilach marzyłem o śmierci. Pragnąłem się zapić i niczego już nie widzieć, nie czuć, nie mieć...

W pewnym momencie Pani Moja przyszła i powiedziała, że tylko Jezus może mi, nam pomóc. Nie widziała innego rozwiązania i pewnie miała rację. Totalny rynsztok ulegał tylko pogłębieniu i trzeba było niezwykłej, nieziemskiej siły, by mnie zeń wyciągnąć. Ani Ukochana, ani nikt inny jej tyle nie miał. Miała jednak ogromne pragnienie, by zawalczyć jeszcze raz, pokładając swą wiarę w ostateczny cios, który mieliśmy zadać moim demonom. Pomodliła się nade mną i chwilę później wyraziłem chęć przyjęcia Jezusa do mego serca.
Aby sobie pomóc w postanowieniach i umocnić się, siódmego listopada 2015, pojechaliśmy do Centrum Chrześcijańskiego Charisma w Krotoszynie. Odbywają się tam spotkania w służbie uwolnienia. Nie ukrywam, że byłem bardzo, bardzo zestresowany przed tym spotkaniem. W trakcie spotkania jednak zeszło to ze mnie, choć emocje miałem chwilami mocno rozbujane. Od pozytywnych, po naprawdę ciężkie. Nie uciekłem jednak, a droga powrotna do domu była dla mnie niesamowicie lekka. Czułem się jakbym sunął poduszkowcem nad ziemią, miast jechać samochodem. Dobre samopoczucie nie trwało jednak wiecznie. Od czasu do czasu coś mnie dopadało i rzucało mną o glebę. Najczęściej w grę wchodził oczywiście alkohol, który jako mój najsłabszy punkt, był najłatwiejszy do wykorzystania przez siły zła.

Dzięki staraniom Pani Mojej poznałem Przyjaciela, który wspierał mnie jak umiał. Zapoznał mnie ze swoim ojcem, który także pragnął mi pomóc. Odwiedzali mnie, dzwonili. Dostałem piękną książkę "Jezus, jakiego nie znałem". Wszystko na nic, bo ja, choć w głębi wcale tego nie chciałem, deptałem wszystko, co oferowali mi bliscy. To był istny koszmar, a najgorsze jego wspomnienia dotyczą właśnie tego, jak traktowałem kochane osoby. Nieraz myślę, że tylko dzięki uporowi, determinacji i wierze mojej Ukochanej, do tej pory chodzę po tym świecie.

W grudniu jeszcze raz odwiedziliśmy krotoszyńskich zielonoświątkowców. Ta wizyta również mi się podobała, choć zakończyła się niezbyt sympatycznie. Postanowiłem skorzystać z okazji przyjęcia chrztu w Duchu Świętym, jednak nic z tego nie wyszło. Miał mnie poprowadzić młody człowiek, który nakazał mi modlić się na głos w językach. Kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi, jak to się robi, po co, itd. Nie miałem żadnego przygotowania i tak naprawdę nie czułem nic poza frustracją, która w efekcie wyprowadziła mnie na zewnątrz Kościoła. Jakiś czas po tych wydarzeniach, moje życie ponownie wymknęło mi się spod kontroli. W efekcie święta Bożego Narodzenia spędziłem na oddziale detoksykacji, a związek z Panią Moją zawisł ponownie na włosku.

Nie po raz ostatni zresztą, bo po wyjściu ze szpitala wcale nie było ze mną lepiej i zacząłem pakować się w kolejne tarapaty. Podejmowałem irracjonalne działania i zacząłem od nowa tracić wszystko, co udało mi się kiedyś odbudować. Wpakowałem się w toksyczną znajomość z pewną dziewczyną, która miała podobne problemy do moich. W jednej minucie mi się podobało, a po dwóch czułem przerażenie. Czułem, że oboje płyniemy pijanym okrętem, który lada chwila się rozbije. Na szczęście nie trwało to długo, a z pomocą przyszedł mi sam Bóg. Pamiętam chwilę, gdy jechałem razem z tą dziewczyną i modliłem się na głos, by Pan zabrał ją ode mnie, zabrał mnie z tego świata, lub zrobił cokolwiek, co miałoby jakiś sens. Wysłuchał mnie. Jeszcze tego samego dnia zakończyłem znajomość i wróciłem do domu. Nadal jednak nie było różowo.

Piętnastego stycznia 2016 roku po raz kolejny wylądowałem w szpitalu. Diagnoza – depresja i przyznać muszę, że był to bardzo silny, negatywny stan. Związek z Ukochaną coraz bardziej się chwiał i oboje byliśmy już na skraju wytrzymałości. Psychiatryk opuściłem dopiero 26.02.16. Jedną z ważniejszych dat w mojej podróży ku Bogu, był 28 stycznia, kiedy od Przyjaciela dostałem Biblię. Była to jego kolejna próba pomocy. Był to też mój kolejny krok naprzód. Choć w szpitalu nie mogłem się skupić prawie na niczym, to jednak codziennie rano czytałem Biblię (wcześniej miałem do dyspozycji audiobook, który usypiał mnie co wieczór). Nie byłem w stanie przeczytać ze zrozumieniem trzech zdań w jakimkolwiek innym źródle, a Biblia mi "wchodziła". Ta słuchana wcześniej – również. Choć początkowo wcale tego nie czułem, z czasem okazało się, że wiele pamiętam.
Będąc jeszcze w szpitalu zacząłem prawie codziennie chodzić do Kościoła. Sprawiało mi to ogromną radość. Wybrałem jednak obiekt zewnętrzny, bo rozmowa z księdzem ze szpitalnej kaplicy bardzo mnie zniechęciła. Tak naprawdę potrzebowałem spotkań z Panem, a nie z kapłanami, dlatego uznałem, że nie konkretne miejsce się liczy, tylko to, jak się w nim czuję. Jak bardzo odczuwam bliskość Boga i jaki ma ona na mnie wpływ. A miała bardzo pozytywny. Coraz bardziej wzbudzała się też we mnie ciekawość sfery duchowej i chęć zrobienia czegoś jeszcze. Nie wiedziałem jednak czego, a poza tym, obawiałem się chyba zbyt radykalnych kroków, zbyt dużej szybkości. Na zasadzie takiej, że im bardziej będę rozpędzony, tym tragiczniejszy w skutkach będzie ewentualny wypadek. Nie to, bym nie ufał Panu. A nawet jeśli miałem wątpliwości, to starałem się tak nie myśleć. Choć może brzmieć to dziwnie, bałem się kolejnej porażki. Słuchając niektórych świadectw zastanawiam się czasami, czy nie jestem szczególnie opornym przypadkiem. I to pomimo szczerych chęci własnych.

Zrobiłem mimo wszystko jakiś krok naprzód i wyszedłem z moją fascynacją na zewnątrz. Na początku były to rozmowy z Panią Moją oraz z Przyjacielem (tym od wspomnianej Biblii). Jakiś czas później założyłem na facebooku "słowo, które wiedzie" i stało ono się moim miejscem, służącym utrwalaniu niektórych wersetów. Z czasem zaczęło się to tak we mnie rozwijać, że odkrywałem i kolekcjonowałem ich sporo więcej, niż publikowałem. Później powstał też blog o tym samym tytule. W temacie świata wirtualnego to tyle. W życiu codziennym starałem się ciągle być bliżej Boga. Tradycyjny już poranek, to kawa przy Biblii. Oprócz niej sięgnąłem też wreszcie po książkę "Jezus, jakiego nie znałem" – polecam. Następna w kolejności była biografia George Foreman'a "Bóg w moim narożniku". Z innych lektur, czytałem książki, które pomagały mi zrozumieć siebie i moją Jedyną.

Paradoksalnie, im lepiej się czułem sam ze sobą i z otaczającym mnie światem, tym częściej byłem atakowany przez zło. Zupełnie tak, jakby niewidzialna moc chciała za wszelką cenę pozbawić mnie szczęścia. Miałem setki negatywnych myśli i odczuć. Rodziły się we mnie złość, rozpacz i lęki. Miałem dziwne wizje, a chwilami działałem jakby poza własną świadomością. Do tego głody alkoholowe spadały na mnie jak grom i niekiedy im ulegałem sięgając po wódkę. Nieraz, gdy udawało mi się powstrzymać, to czułem się jak po wypiciu. Takim lekkim, które domaga się kontynuacji. Miałem silny smak i zapach, a nawet odbijało mi się alkoholem. Co najdziwniejsze, Pani Moja również wyczuwała ode mnie tę woń. Moje emocje bywały nierzadko ciężkie do zniesienia. Do tego stopnia, że zacząłem prosić ludzi z zewnątrz o modlitwę (teraz spotykam się z nimi regularnie i są dla mnie kimś więcej, niż tylko znajomymi).

Podczas owych modlitw czułem się przeróżnie. Niekiedy dobrze, ale zdarzały się chwile, gdy miałem dziwną ochotę zrobić komuś krzywdę. Zupełnie tak, jakby ludzie mnie krzywdzili, a ja chciałbym się bronić ze zdwojoną złością. Miałem też inne doświadczenia. Pamiętam jak po drugiej modlitwie dwojga osób z Life Team'u moje zadowolenie i swoisty błogostan zmieniły się nagle w koszmar. Dopadły mnie tak demoniczne odczucia i myśli, że kompletnie traciłem chwilami kontakt z rzeczywistością. Myślę, że to cud, iż stan ten nie zakończył się żadną tragedią. Okres ten był wtedy najcięższą walką wewnętrzną, jaką kiedykolwiek przeżyłem. Czułem się jak dr Jekyll i mr Hyde. Miałem pragnienie dobra, szczęścia i miłości, a sekundę później, złość, nienawiść i agresję. Przeplatało się to non stop i chwilami myślałem, że oszaleję. Albo, że już oszalałem, zwariowałem, postradałem zmysły.

Mimo wszystko nie miałem zamiaru się poddać. Podobnie było z moją Ukochaną, która przez cały ten czas, jak mniemam, przeżywała piekło. W efekcie, z dnia na dzień, wszystko co czarne i cholernie gorące zaczynało mnie opuszczać. Nie tak od razu oczywiście. W naszym domu odbywały się cotygodniowe spotkania modlitewne. W większości brałem w nich udział, jednak zdarzały się dni, gdy szedłem w innym kierunku. Na przykład po wódkę, by w efekcie wtańcować pijany, w samych gaciach i zakłócić rytm spotkania. Dla społeczności nie były to zapewne sympatyczne widoki. Nie spotkałem się jednak twarzą w twarz, z późniejszą, negatywną oceną.

Bywało wręcz przeciwnie. Jeden z Kolegów potrafił poświęcać swój prywatny czas, by przyjechać, pogadać i pomodlić się nade mną. W tamtym czasie nierzadko mnie to drażniło. Nie tyle mnie jako mnie, ale coś we mnie to było. Teraz jednak, wspominam tę pomoc jako coś niesamowitego. Proces mego uzdrowienia w Jezusie nie był spektakularny i natychmiastowy, jednak stopniowo i konsekwentnie wkraczał do mego serca. Z czasem miałem w sobie coraz mniej negatywów.

Zaczynała wypełniać mnie radość, a ponadto zdarzały się chwile pozytywnego zaskoczenia. Podczas jednego ze spotkań zacząłem się modlić w językach. Było to dla mnie o tyle szokujące, że prócz wypędzenia mnie z Krotoszyna miałem w pamięci wiele złych chwil związanych z tą formą. Gdy moja Jedyna zaczynała taką modlitwę, to znacznie częściej miałem ochotę ją uderzyć, niż przytulić. Momentami sprawiało mi to ból. Tak, jakby ktoś zasypywał mnie nieznaną materią, która mnie przygniatała z zewnątrz, rozrywała od środka i raniła w każdy możliwy sposób. Mimo tych doświadczeń, nagle sam zacząłem wypowiadać słowa, których znaczenia nie rozumiem. Nie rozumiem też jak to się stało, ale mało mnie to w sumie obchodzi. Najważniejszy jest efekt. Pozytywny, a jak! Od tamtej chwili czułem się całkiem inaczej, choć nieprawdą byłoby stwierdzenie, że zostałem w pełni uwolniony.

Kolejnym krokiem i niemałym przełomem był chrzest wodny. Wraz z Ukochaną pragnęliśmy go od jakiegoś czasu i wreszcie, 21 sierpnia 2016 roku doczekaliśmy się. Pomogli nam w tym wspaniali ludzie z Life Team'u. Nigdy wcześniej nie pomyślałbym, że pozornie zwykłe zanurzenie w rzece może mieć tak głęboki wymiar duchowy. Nawet nie potrafię tego wszystkiego opisać. Pamiętam jednak, że tuż przed odczuwałem jakiś dziwny lęk i miałem bardzo silne impulsy nakazujące mi wycofanie. Coś jakby nagłe, ułamkowe porażenia prądem. Nie zamierzałem jednak rezygnować, bo w sercu czułem, że jestem coraz bliżej Pana, a co za tym idzie, szczęścia. Tuż po ceremonii czułem się wyśmienicie. Miałem wrażenie niesamowitej lekkości, a przeważającym uczuciem była radość. Co ciekawe, wrażenia te wcale nie minęły i od tamtej pory moje życie było coraz lepsze, ciekawsze, spokojniejsze, szczęśliwsze i... mógłbym tak wyliczać.
Mimo to, co jakiś czas powracała i atakowała mnie największa słabość. Uzależnienie, które w pewnym momencie zaprowadziło mnie nawet do sklepu i ponownie się napiłem. Tym razem było jednak inaczej, bo nie trwało to kilka dni, a po wytrzeźwieniu nie czułem upodlenia, ani częstego w takich chwilach pragnienia zakończenia swego żywota. Po raz kolejny, bardzo pomogła mi w tym Pani Moja, która otoczyła mnie miłością i radością, że nie "popłynąłem dalej". Incydent ten sprawił jednak, że opuściłem dzień na terapii. Zasadniczo tego nie żałowałem, bo poszedłem na nią bez przekonania, a samo uczestnictwo nie sprawiało mi radości. Wręcz przeciwnie. W efekcie po jakimś czasie zrezygnowałem całkowicie. Spotkania te kłóciły się w mym odczuciu z ideą chrześcijaństwa. Nie było tam narodzenia jako nowy człowiek i wiary, że Jezus odkupił swą śmiercią moje winy. To miejsce zajmowało wałkowanie tematu alkoholizmu jako choroby nieuleczalnej, grzebanie w brudach przeszłości i wbijanie w głowę, że do końca życia jestem upośledzony.

Takie podejście miało sens na początku mojej walki z nałogiem. Byłem wtedy zagorzałym ateistą i realna terapia szokowa faktycznie na mnie działała. Zresztą, nie znałem innej drogi, a takowe są i to nawet w terapiach nie związanych z wiarą w Boga. Wystarczy spojrzeć na TSR (terapia skoncentrowana na rozwiązaniach), czyli nurt oparty na trzech fajnych zasadach. Jeśli coś nie działa – zostaw to; jeśli coś działa – rób tego więcej; jeśli coś się zepsuło – napraw to. Genialne w swej prostocie i powoduje dążenie do doskonalenia samego siebie, a nie taplania się w błocie czasu przeszłego. U mnie w tym momencie najbardziej działa modlitwa, czytanie i kontemplacja Biblii, obcowanie z chrześcijanami, uwielbienie Pana i wszystko inne, co zbliża mnie powoli do Jezusa. Do Boga, którego poznałem dzięki mojej Ukochanej. To ona jest pierwszym i największym cudem jaki otrzymałem. To dzięki niej, jej miłości, wierze i wsparciu jestem teraz tutaj, gdzie jestem. Dzięki niej poznaję nowy wymiar życia.

Do dnia dzisiejszego zmagam się jeszcze z wieloma niedostatkami. Negatywne emocje potrafią mnie stłamsić całkowicie, a ja czuję się kruchy, kruchutki. Non stop brakuje mi sił, miewam ataki złości i rozpaczy. Po dziś dzień nawalam i nie jestem osobą godną zaufania. Nie umiem zapewnić bezpieczeństwa, ani dawać wsparcia. Niekiedy zachowuję się wręcz odwrotnie, jak zwykły cham, niegodziwiec. Bywa, że nie chce mi się żyć, a sprawy codzienne mnie miażdżą. Czasami wystarczy mała iskra, by wzniecił się we mnie pożar, którego nie potrafię ugasić. Zwracam się wtedy do Jezusa i proszę, by mi pomógł. Jakkolwiek, wedle Jego uznania. I On to robi dając mi siłę bym po raz kolejny powstał. Stawia na mej drodze wspaniałych ludzi lub powoduje sytuacje, dzięki którym odczuwam ulgę. Ciągle jednak, to nie jest to, co będzie i nie czuję się zbytnio szczęśliwy. Nie piszę tego jednak, by się użalać, lub wskazać, czego mi brakuje.

Wręcz przeciwnie, jestem przekonany, że gdyby nie Pan, już by mnie tu nie było. A że nie jest łatwo... nikt, nigdy mi tego nie obiecywał. Mało tego, tak oto sam Jezus mówi, w jednej z ewangelii, o powrocie ducha nieczystego:
"Kiedy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po pustyni i szuka tam odpoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi
<<Wrócę do swego domu, z którego wyszedłem>>. Po powrocie okazuje się, że jest on posprzątany i przyozdobiony. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów, gorszych od siebie. Wchodzą tam i mieszkają. I to, co dzieje się później z tym człowiekiem, jest gorsze od tego, co było wcześniej." (Łk 11,24-26)

Istnieje zatem prawdopodobieństwo, że demony nie zechcą się od człowieka łatwo odczepić, a ja być może jestem tego doskonałym przykładem. Nie każdemu przecież jest pisane natychmiastowe i spektakularne uzdrowienie. Grunt, że ja w nie wierzę i nie zamierzam się poddawać. Bo może nastąpi to już za chwilę...
Rafał

Przebudzenie duchowe